Na czym tu skończyliśmy? hmm.. Stateczek :)

Nie pamiętam ile trwał rejs statkiem, ale dość długo, a co najważniejsze wystarczająco, aby zdążyć nacieszyć się widokami z tej perspektywy patrząc. Świetne widoki, piękna pogoda= było wszystko co trzeba, aby z uśmiechem na twarzy zejść na ląd.
Dodatkiem do rejsu miała być możliwość darmowego zwiedzania winiarni wraz z degustacją Porto Croft’a, gdzie jak najbardziej udaliśmy się chcąc zakosztować tego trunku. Okazało się, że wyprawa wiąże się z całkiem niezłej długości spacerem i tak naprawdę dla samej degustacji iść się nie opłacało, ale bardziej dla tych widoków po drodze, szczególnie z jednego z mostów- Ponte Dom Luís I, przez który musieliśmy przejść na drugi brzeg. Konstrukcja od razu, po pierwszym spojrzeniu kojarzy się nam z.. Wieżą Eiffla i racja. Okazuje się, że ten most powstał według projektu jego ucznia.

Aby dostać się na górę mostu trzeba było sprostać schodom, które dość stromo prowadzą na sam szczyt wzniesienia, ale warto było, gdyż to co na nas czeka na końcu męczącej drogi, w zupełności nam rekompensuje wszelkie trudy. Po prostu bosko! Zanim przeszliśmy na drugą stronę minęło sporo czasu, ale nie dlatego że most jest aż tak długi, lecz dlatego że przejście mostem, to była istna sesja zdjęciowa :).
Po przejściu na drugą stronę, zeszliśmy w dół kierując się do Crofta i tak jak już wcześniej pisałem, okazało się to dość długą wycieczką. W samej winiarni na wejściu czekała na nas krótka, bo składająca się z jednego kieliszka porto degustacja :). Później krótkie zwiedzanie winiarni z sympatyczną panią przewodnik i na koniec czekało jeszcze jedno porto. Tym razem naprawdę mi smakowało, a wręcz byłem wniebowzięty smakiem i zapachem. To było jakieś starsze różowe porto, które było wyśmienite…

No i powrót na drugą stronę brzegu. Zanim tam dotarliśmy, po drodze wizyta w restauracji na jakimś obiedzie i piwku i jak wyszliśmy już było ciemno :). Szkoda, że nie miałem z sobą statywu, bo zdjęcia lepiej by wyszły…
Powrotny spacer przez Porto nocą był dość przyjemny, zwłaszcza że ta część miasta jest bardzo ładnie oświetlona, w sposób dodający uroku temu miastu.
Szybka wizyta w pokoju, przebranie się (nieco chłodniej się zrobiło) i poszliśmy na jakieś piwo, Sangrie etc.
No i tu klops, szok i lekki niedosyt. Niedziela wieczorem i okazuje się, że w centrum miasta nie ma gdzie wejść do knajpki- pustki straszliwe, a godzina.. no może 20? Zupełnie inaczej niż Madrycie, czy w KRK :P. Po wielkich trudach, po wręcz błąkaniu się po mieście, trafiliśmy w końcu do jakieś knajpki, która niczym nie zaskakiwała, poza tym że była, a co najważniejsze była otwarta. Jak dla mnie było w porządku- smaczne piwo, mecz FC Porto z Benficą i 5:0… :]. Posiedzieliśmy chwilę i poszliśmy. Następnego dnia mieliśmy zamiar pozwiedzać tę część miasta, którą „zwiedzaliśmy” po ciemku szukając czynnej knajpki :).
Rano, po odgłosach dochodzących z za okna, okazało się, że pada deszcz- pogoda zmieniła się nie do poznania. Mimo to ze sporym entuzjazmem ruszyliśmy na podbój Porto. Co się od razu rzuca w oczy, to że są tu strasznie wąskie uliczki, przy których stoją domy niemal jeden przy drugim, ale wygląda to naprawdę urokliwie. Równie urokliwie, ale jednak dość męczące są te wszystkie podejścia, które potrafią przysporzyć sporo potu na czole. Dobrze że niemal zawsze, odwracając się można było mieć nagrodę za ten wysiłek w postaci pięknych widoków.

Szkoda, że momentami dość intensywnie padało, bo niezbyt przyjemnie momentami bywało, ale jakoś bardziej to zmobilizowało, do tego aby gdzieś usiąść. Pewnie gdyby nie to, nie skusiłbym się, aby wejść na kawę do tego miejsca, ale pewnie później żałowałbym tego. Myślę, że cokolwiek bym tam nie spożywał, to i tak musiałoby smakować.
Naszym celem miało być dotarcie do katedry Antiga Casa da Câmara, gdzie pomimo deszczu dotarliśmy bez problemu, gdyż sam budynek położony jest na najwyższym w tej okolicy wzgórzu.
Nie zrobiłem tu zbyt wielu zdjęć, gdy
ż… rozładowały mi się akumulatorki w aparacie i musiałem oszczędnie traktować ostatnie, które pozostały.
Zbyt dużo czasu nie mieliśmy, bo trzeba było jeszcze wrócić po bagaże i jechać na lotnisko, ale po drodze na szczęście jeszcze udało się nieco obejrzeć.
Szczególną uwagę zwróciłem na wnętrze budynku dworca „PKP” ;). Niesamowite malowidła, szkoda tylko że całe otoczenie wydaje się być średnio zadbane, no ale i tak było na co popatrzeć.


Miło byłoby odwiedzić to miejsce jeszcze kiedyś, ale mając nieco więcej czasu, gdyż w Porto zostawiliśmy jeszcze sporo miejsc, których nawet z daleka nie widzieliśmy, a co dopiero mówić o ich zwiedzeniu. Kochanie? Następnym razem weźmiemy ten hotel, który widzieliśmy na wzgórzu, niemal na samym początku naszej wizyty w Porto. ok? :)
Szkoda, że momentami dość intensywnie padało, bo niezbyt przyjemnie momentami bywało, ale jakoś bardziej to zmobilizowało, do tego aby gdzieś usiąść. Pewnie gdyby nie to, nie skusiłbym się, aby wejść na kawę do tego miejsca, ale pewnie później żałowałbym tego.
wyjazd porto, portugal