Archive

Archive for the ‘wyjazd’ Category

Zakopane- zagłębie Rosjan :)

Styczeń 10th, 2011

Niestety nie udało nam się pojechać w górki na Sylwestra, a że bardzo chcieliśmy doświadczyć nieco zimy w górach, to tuż po Nowym Roku wybraliśmy się do Zakopanego, a dokładniej do Kościeliska gdzie wynajęliśmy pokój.

Z prawej strony jest zdjęcie z miejsca, w którym mieliśmy pokoik- cicho i spokojnie, z ładnym widokiem na Giewont, a w pobliżu sklepik, w kŧórym można kupić świeże bułki na śniadanie, albo wracając z Zakopanego coś na „kolację” ;).
Nieco obawiałem się tego, że z Kościeliska będzie nieco za daleko, aby pieszo iść do centrum Zakopanego, ale okazało się, że nie było źle. Przyjemny, może 15 minutowy spacer, w trakcie którego mija się Szymoszkową, Hotel „Kasprowy”, targ pod Gubałówką i jesteśmy na Krupówkach. No ale, że samymi Krupówkami żyć nie można (wiem, wiem Kochanie- można, ale ja nie bardzo :>), to należało odrobinę chociaż pochodzić w plenerze. Wybraliśmy się zatem na spacer do Doliny Kościeliskiej. Pogoda piękna, na szlaku niewiele ludzi jak na to miejsce, więc szło się bardzo przyjemnie- ot miły kilkugodzinny spacerek. Przyznaję, że patrząc na te wszystkie widoki na około aż mnie ciągnęło, aby wybrać się gdzieś dalej… :)
Cudny widok nie pozostawiający wątpliwości co do tego czy warto tam iść :)

hmmm… Ano tak :)
Tytuł sugerował nieco inna treść wpisu. No tak, miało być o „Braciach ze Wschodu”. Po tym wyjeździe do Zakopanego mogę stwierdzić, że to „zagłębie Rosjan”. Gdzie się człowiek nie ruszył, to słychać było język rosyjski :). W pewnym momencie miałem wrażenie, że jest ich więcej niż Polaków i chyba tak było, jeśli bierzemy pod uwagę ludzi innych aniżeli „tubylców”. W sumie to pozostaje się cieszyć, bo na pewno sporo pieniędzy Góralom zostawiają w Zakopcu. Oby Górale z Zakopanego i okolic otrzymali spory zastrzyk zdrowego rozsądku i pomyślunku, to będzie naprawdę dobrze w tym regionie. Co mam na myśli pisząc o rozsądku? Może w końcu przestaną kłócić się z sobą i postarają się o to, aby w końcu droga do Zakopanego była NORMALNA, aby nie trzeba było stać w korku nawet poza sezonem w najlepszym wypadku już (dopier0?) w Poroninie.

Na koniec kolejna pozytywna rzecz… Świetna Restauracja Góralska- nie bez powodu wielkimi literami piszę, bo naprawdę na to zasługuje. Krupówki 1, Gazdowo Kuźnia :). Świetnie wyglądające wnętrze, które ma swój charakter, klimat i urok przyciągając kolejny raz do siebie. Przyjemny zapach paleniska od razu na wejściu, piękne drewniane wnętrze, unoszące się zapachy smacznego „jadła”, miła obsługa… Aż chciałoby się spożyć beczkę piwa przed wyjściem stamtąd, aby tylko być tam dłużej :].

wyjazd ,

Porto- listopad 2010 (c.d.)

Grudzień 26th, 2010

Na czym tu skończyliśmy? hmm.. Stateczek :)

Nie pamiętam ile trwał rejs statkiem, ale dość długo, a co najważniejsze wystarczająco, aby zdążyć nacieszyć się widokami z tej perspektywy patrząc. Świetne widoki, piękna pogoda= było wszystko co trzeba, aby z uśmiechem na twarzy zejść na ląd.
Dodatkiem do rejsu miała być możliwość darmowego zwiedzania winiarni wraz z degustacją Porto Croft’a, gdzie jak najbardziej udaliśmy się chcąc zakosztować tego trunku. Okazało się, że wyprawa wiąże się z całkiem niezłej długości spacerem i tak naprawdę dla samej degustacji iść się nie opłacało, ale bardziej dla tych widoków po drodze, szczególnie z jednego z mostów- Ponte Dom Luís I, przez który musieliśmy przejść na drugi brzeg. Konstrukcja od razu, po pierwszym spojrzeniu kojarzy się nam z.. Wieżą Eiffla i racja. Okazuje się, że ten most powstał według projektu jego ucznia.

Aby dostać się na górę mostu trzeba było sprostać schodom, które dość stromo prowadzą na sam szczyt wzniesienia, ale warto było, gdyż to co na nas czeka na końcu męczącej drogi, w zupełności nam rekompensuje wszelkie trudy. Po prostu bosko! Zanim przeszliśmy na drugą stronę minęło sporo czasu, ale nie dlatego że most jest aż tak długi, lecz dlatego że przejście mostem, to była istna sesja zdjęciowa :).
Po przejściu na drugą stronę, zeszliśmy w dół kierując się do Crofta i tak jak już wcześniej pisałem, okazało się to dość długą wycieczką. W samej winiarni na wejściu czekała na nas krótka, bo składająca się z jednego kieliszka porto degustacja :). Później krótkie zwiedzanie winiarni z sympatyczną panią przewodnik i na koniec czekało jeszcze jedno porto. Tym razem naprawdę mi smakowało, a wręcz byłem wniebowzięty smakiem i zapachem. To było jakieś starsze różowe porto, które było wyśmienite…

No i powrót na drugą stronę brzegu. Zanim tam dotarliśmy, po drodze wizyta w restauracji na jakimś obiedzie i piwku i jak wyszliśmy już było ciemno :). Szkoda, że nie miałem z sobą statywu, bo zdjęcia lepiej by wyszły…
Powrotny spacer przez Porto nocą był dość przyjemny, zwłaszcza że ta część miasta jest bardzo ładnie oświetlona, w sposób dodający uroku temu miastu.

Szybka wizyta w pokoju, przebranie się (nieco chłodniej się zrobiło) i poszliśmy na jakieś piwo, Sangrie etc.
No i tu klops, szok i lekki niedosyt. Niedziela wieczorem i okazuje się, że w centrum miasta nie ma gdzie wejść do knajpki- pustki straszliwe, a godzina.. no może 20? Zupełnie inaczej niż Madrycie, czy w KRK :P. Po wielkich trudach, po wręcz błąkaniu się po mieście, trafiliśmy w końcu do jakieś knajpki, która niczym nie zaskakiwała, poza tym że była, a co najważniejsze była otwarta. Jak dla mnie było w porządku- smaczne piwo, mecz FC Porto z Benficą i 5:0… :]. Posiedzieliśmy chwilę i poszliśmy. Następnego dnia mieliśmy zamiar pozwiedzać tę część miasta, którą „zwiedzaliśmy” po ciemku szukając czynnej knajpki :).

Rano, po odgłosach dochodzących z za okna, okazało się, że pada deszcz- pogoda zmieniła się nie do poznania. Mimo to ze sporym entuzjazmem ruszyliśmy na podbój Porto. Co się od razu rzuca w oczy, to że są tu strasznie wąskie uliczki, przy których stoją domy niemal jeden przy drugim, ale wygląda to naprawdę urokliwie. Równie urokliwie, ale jednak dość męczące są te wszystkie podejścia, które potrafią przysporzyć sporo potu na czole. Dobrze że niemal zawsze, odwracając się można było mieć nagrodę za ten wysiłek w postaci pięknych widoków.

Szkoda, że momentami dość intensywnie padało, bo niezbyt przyjemnie momentami bywało, ale jakoś bardziej to zmobilizowało, do tego aby gdzieś usiąść. Pewnie gdyby nie to, nie skusiłbym się, aby wejść na kawę do tego miejsca, ale pewnie później żałowałbym tego. Myślę, że cokolwiek bym tam nie spożywał, to i tak musiałoby smakować.

Naszym celem miało być dotarcie do katedry Antiga Casa da Câmara, gdzie pomimo deszczu dotarliśmy bez problemu, gdyż sam budynek położony jest na najwyższym w tej okolicy wzgórzu.

Nie zrobiłem tu zbyt wielu zdjęć, gdyż… rozładowały mi się akumulatorki w aparacie i musiałem oszczędnie traktować ostatnie, które pozostały.

Zbyt dużo czasu nie mieliśmy, bo trzeba było jeszcze wrócić po bagaże i jechać na lotnisko, ale po drodze na szczęście jeszcze udało się nieco obejrzeć.

Szczególną uwagę zwróciłem na wnętrze budynku dworca „PKP” ;). Niesamowite malowidła, szkoda tylko że całe otoczenie wydaje się być średnio zadbane, no ale i tak było na co popatrzeć.

Miło byłoby odwiedzić to miejsce jeszcze kiedyś, ale mając nieco więcej czasu, gdyż  w Porto zostawiliśmy jeszcze sporo miejsc, których nawet z daleka nie widzieliśmy, a co dopiero mówić o ich zwiedzeniu. Kochanie? Następnym razem weźmiemy ten hotel, który widzieliśmy na wzgórzu, niemal na samym początku naszej wizyty w Porto. ok? :)

Szkoda, że momentami dość intensywnie padało, bo niezbyt przyjemnie momentami bywało, ale jakoś bardziej to zmobilizowało, do tego aby gdzieś usiąść. Pewnie gdyby nie to, nie skusiłbym się, aby wejść na kawę do tego miejsca, ale pewnie później żałowałbym tego.

wyjazd ,

Porto- listopad 2010

Grudzień 15th, 2010

Mamy tu spore „lagi”, więc kultywując tradycję pisania „na bieżąco”, skrobnę coś jeszcze… Miesiąc później :)

Porto… Muszę przyznać, że miasto ma to „coś” w sobie, chciałbym tam wrócić kiedyś na dłużej, aby móc się z nim bardziej zapoznać.

Lądując na lotnisku pod Porto, od razu rzuca się w oczy różnica wielkości względem Barajas, ale porównując do Balic to… Szkoda porównywać, bo jak już chyba kiedyś pisałem, Balice to niestety wyglądają jak kurnik i podobnie niestety działają.
No ale nie o Balicach mam zamiar pisać, a o Francisco de Sá Carneiro Airport :). Lotnisko wygląda bardzo przyjemnie od środka, nie szokując ogromem sprawia wrażenie bardzo zadbanego i utrzymanego na wysokim poziomie. Wyjście z lotniska prowadzi od razu do Metra, które tak na prawdę metrem nie jest, gdyż niemal w całości podróż odbywa się na powierzchni, bardziej przypominając jazdę tramwajem.
Żeby pojechać trzeba kupić bilet- niesamowite zjawisko to może nie jest, ale już sam aspekt zakupu biletu… Przyznaję, trzeba było się nieco nagimnastykować, żeby go zakupić :). Gdyby nie dziewczyny, które mogły się sprawnie porozumieć, a przede wszystkim jakiś (chyba) ochroniarz, to mogło być jeszcze ciężej.
Po ok. 30-40 min dojechaliśmy na przystanek, na którym mieliśmy wysiąść. W pobliżu znajdował się punkt informacyjny dla turystów, więc wzięliśmy mapki i poszliśmy w stronę Hostelu. Od razu miasto zrobiło na mnie wrażenie :).

Z jednej strony cudowne widoki, z drugiej sypiące się budynki, które od dawna nie były remontowane i przez nikogo zadbane. Ciekawie wyglądają z bliska, gdyż wpatrując się w szczegóły ich elewacji i wykończenia, ma się nieodparte wrażenie, że kiedyś to miejsce kipiało od przepychu i bogactwa, a teraz pozostało jedynie wspomnienie i drobne ślady o tym świadczące.
Porównując do Madrytu, ktoś mógłby powiedzieć, że zaniedbane, odrapane miasteczko… Pewnie tak, ale jak już wcześniej pisałem, na prawdę urzekło mnie to miejsce.

Zanim dotarliśmy na miejsce do hostelu, okazało się że ulicami miasta odbywa się jakiś bieg/ maraton, dzięki czemu z łatwością mogliśmy znaleźć policjanta i zapytać go o drogę. hehe, oczywiście że było łatwo zapytać, ale okazało się że policjant miał problemy, aby nam odpowiedzieć i pomóc- mapka okazała się zbyt skomplikowana :]

W końcu trafiliśmy, ale łatwo nie było, ale to że łatwo nie było, wcale nie oznacza że nie było przyjemnie :).
To wejście pod górę schodami… :)

Samo podejście, to jeszcze nawet nie była połowa sukcesu, gdyż później okazało się, że dotrzeć na miejsce tymi wszystkim wąskimi uliczkami nie jest łatwe. Na szczęście była „pani z balkonu” :P. Idąc jedną z uliczek zaczęła do nas krzyczeć jakaś kobieta stojąca na balkonie, gestykulując i wskazując kierunek, który… był odwrotny do tego, gdzie się kierowaliśmy :). Uratowała nam trochę czasu, bo oczywiście szliśmy w złe miejsce :).
W końcu dotarliśmy na miejsce, zostawiliśmy rzeczy i poszliśmy z  powrotem, aby pozwiedzać.

Ciężko opisać słowami jak piękne widoki mieliśmy, dlatego zapraszam do galerii :)

Po godzinie spacerowania wzdłuż brzegu weszliśmy na pokład stateczku, na rejs rzeką. Bardzo przyjemnie spędzony czas i równie efektywny- sporo ciekawych rzeczy można było zobaczyć. Na YT wrzuciłem krótki film:

C.d.n.
Czyli pewnie za miesiąc, coś dopiszę dopiero :]

Francisco de Sá Carneiro Airport

wyjazd ,

Madryt- c.d.

Grudzień 15th, 2010

:) Sto lat później… Myślałem że więcej dopiszę, ale też sądziłem, że c.d.n. nieco wcześniej. W taki o to sposób dopiszę, ale to tylko odrobina tego co można byłoby dodać. Szkoda że czasu brakło wcześniej.

Doszedłem do wniosku, że w Hiszpanii panuje straszne nieróbstwo, bo co rusz jakieś święto, długi weekend i powód do tego, aby sobie odpocząć od pracy ;). W listopadzie był jeden, teraz w grudniu kolejny- zbiegł się w czasie z cholernymi strajkami kontrolerów lotu- to tak a propos nieróbstwa.
Okres w którym Madrileni mają święta i wolne jest średnio przyjemny dla chcącego pozwiedzać, bo gdzie się człowiek nie ruszy tam dziki tłum i spore problemy w przemieszczeniu się- odradzam Sol :). Plusem takich dni jest to, że dość często są wtedy dni otwarte w muzeach i można za darmo sobie sporo pozwiedzać, no i w tym temacie mogę się wypowiedzieć o Museo Reina Sofia. Słonko- nie martw się- jeszcze parę przed nami ;).
Co tu dużo mówić… Wystawy Picasso i Dalego przyciągają masy ludzi i nie ma się co dziwić, gdyż w muzeum znajduje się spora liczba ich dzieł, które znane są na całym świecie (patrz choćby Guernica).

Guernica Picasso Jeśli nie mamy całego dnia, to dobrze jest przed rozpoczęciem zwiedzania zdecydować się na jakieś konkretne ekspozycje, bo muzeum jest na prawdę duże i chcąc wszystko zobaczyć trzeba dysponować sporą ilością czasu jak i… silnymi i wytrzymałymi nogami :).  Z Pauliną zdecydowaliśmy się na obejrzenie piętra, na którym znajdują się dzieła m.in. Dalego i Piccasso, czyli najbardziej popularne ekspozycje w muzeum. W sumie to była dobra decyzja, bo i tak sporo było do obejrzenia, w sam raz tyle aby się nie zacząć nudzić i nie zmęczyć zbytnio. Jeśli będzie się dało, to z chęcią jeszcze się tam przejdę…

Na koniec tego tematu tylko napiszę, że jakoś bardziej mi się podobały dzieła Dalego niż Picasso :)El gran masturbador :)

W jedną z niedziel poszliśmy na Rastro :). Ot takie madryckie, specyficzne „coś”, coś w rodzaju targu, który odbywa się na ulicach dzielnicy La Latina, na który ma się wrażenie że zjeżdża niemal cały Madryt, gdyż nie ma co ukrywać- jest cholernie dużo ludzi i jest męczący tłok. Tak na prawdę, to na Rastro zjeżdżają też turyści, gdyż nawet w przewodnikach autorzy piszą i  o tym „zjawisku” :). Jak dla mnie średnia atrakcja, bo za tłokiem nie przepadam, a i też zbyt wielu ciekawych rzeczy niestety nie widziałem (może właśnie przez tłok) :>

Jeszcze sporo rzeczy i miejsc zostało do zobaczenia, więc pozostaje tylko stwierdzić, że „następnym razem!!”. Wygląda na to, że będzie to w lutym :)))

wyjazd