Blog domo

wyjazd

Muzeum Powstania Warszawskiego – moje subiektywne wrażenia

by on gru.12, 2011, under wyjazd

Na weekend pojechałem do Warszawy, co prawda w celu z goła innym niż jakiekolwiek zwiedzanie, bo przede wszystkim z zamiarem zobaczenia się z Piękną, no ale zważywszy na to, że nie lubię/lubimy siedzieć w jednym miejscu, nieco jednak pozwiedzaliśmy ;) . W tym miejscu muszę wyrazić swój podziw dla Pauliny za to, że dała radę przejść ze mną taki kawał, co było niewątpliwie sporym wyczynem :) . //Ja na pewno mocno bym narzekał na Jej miejscu :P

Tyle tytułem wstępu.

Muzeum Powstania Warszawskiego – bardzo dobry dojazd, łatwo trafić nawet jeśli nie jest się „tubylcem”, bilety relatywnie tanie, bo w cenie 14zł (normalny) + 2zł za obejrzenie filmu w 3d z lotu ptaka nad zniszczoną Warszawą.

Niestety nie sprawdziłem czasu wchodząc i wychodząc, więc de facto nie wiem ile byliśmy wewnątrz muzeum, jestem jednak pewien, że skrupulatnie zwiedzający osobnik mógłby w środku spędzić bez większego problemu przynajmniej pół dnia.

Za moich dziecięcych lat nie było czegoś takiego jak ADHD – dziś tak pewnie by mnie „zdiagnozowano” gdybym był dzieckiem. Łatwo się nudzę, nie lubię przesiadywać w jednym miejscu zbyt długo, ciężko skupić mi swą uwagę na jednej tylko rzeczy przez długi czas…

Powyższe musiałem napisać, bo według mnie sporo może wnieść do zrozumienia całokształtu mej oceny.

Na wejściu – słuchanie swego rodzaju wywiadu z Powstańcami poprzez aparaty telefoniczne, które zostały połączone z nagraniami. No cóż, nie ukrywam, że ciężko jest przesłuchać wszystkie wypowiedzi, bo oględnie rzecz opisując trwałoby to naprawdę długo, a to dopiero początek. Inna sprawa, że w przypadku większej ilości zwiedzających sądzę, że byłoby ciężko dostać się do telefonu. I tu poczułem się źle, źle dwojako, bo to dopiero początek. Nie lubię w muzeach coś omijać, rezygnować ze względu na czas. Może to wina tylko i wyłącznie mojej osoby i tego, że się spieszyłem, ale jednak uważam, że sporo z zawartych eksponatów oraz różnego rodzaju treści było za bardzo czasochłonne w zapoznaniu się z nimi. Podejrzewam, że ktoś mieszkający w Warszawie i chcący się wybrać do tego muzeum nie ma problemu w tym, aby poświęcić cały dzień na zwiedzanie – dla mnie jednak był to problem i pewnie dla wielu innych też.

Jakoś muszę podsumować to co powyżej napisałem, tym bardziej, że jednoznacznie można to odebrać za negatywną opinię. Zrobię, to może bardzo kolokwialnie… Po co np. na wystawie (~)tysiąc listów Powstańców? Dla mnie ocena była jedna – po to, aby zapełnić jedną z sal. Takich miejsc było więcej. Zarzut – jednak mimo wszystko zbyt mała różnorodność wystaw.

Minus logistyczny – kiepsko z toaletami (mało i małe), chociaż po dzisiejszej wizycie w Muzeum Wojska Polskiego muszę stwierdzić, że i tak jest świetnie :) .

Teraz pozytywne aspekty.

Jak już pisałem – przede wszystkim trzeba tu się jakoś dostać, a że nie stanowi to najmniejszego problemu, oceniam na 5.

Naprawdę chylę czoła dla twórców tego Muzeum, bo stworzyli niesamowite miejsce, które mam nadzieję będzie wpływać na pamięć młodych ludzi o tym jaka jest historia Warszawy i naszego kraju. Na początku ponarzekałem, ale to była ocena przede wszystkim wielce subiektywna, a co też istotne, wyznaczana przez mój osobisty ideał muzeum, do którego porównałem Muzeum Powstania Warszawskiego.

Twórcy muzeum wnieśli sporo wysiłku w jego powstanie, a przy tym wykazali się też i znajomością wyczucia tego co jest obecnie „na czasie” i nowoczesne dla młodych. Sporo treści multimedialnych, majstersztyk co do Liberatora, ważnym elementem jest film 3d dotyczący zniszczeń Warszawy po Powstaniu, sporo bezcennych eksponatów. Dziękuję tym, którzy stworzyli takie miejsce.

Nasunęły mi się jeszcze pewne kwestie odnośnie tego co bym zmienił, gdybym mógł.
Film 3D odnośnie zniszczeń Warszawy, które były efektem Powstania zaprezentowałbym każdemu (czyli wliczone w koszt biletu), na samym początku. Uważam, ze późniejsze rozpatrywanie wystaw byłoby o wiele bardziej refleksyjne i przez to wrażenia o wiele pełniejsze. Idealne było również pokazanie Warszawy sprzed wojny – kontrast w tej sytuacji dawałby sporo do myślenia.

Właśnie… Myślenie. W kontekście powyższego uważam że pożądane byłoby zwrócenie uwagi na to, że opinie na temat słuszności wybuchu Powstania są różne. Kilka wywiadów, jakiś film z wypowiedziami ludzi? Jakaś nagrana dyskusja historyków na ten temat?

Na koniec – jak już skończycie zwiedzanie w budynku, przejdźcie się wokół, przy murach muzeum, a znajdziecie tam sporo malowideł związanych z okupacją i Powstaniem Warszawskim.

Zacząłem o zarzutów… Napiszę tak – gdy będę mieć sporo czasu, to pojadę tam znów i nie ominę żadnego elementu wystawy ;) . Wtedy będę w pełni zadowolony.

P.S. zdjęcia ciut później

Leave a Comment : more...

Madryt—> Toledo

by on kwi.30, 2011, under wyjazd

Nie wiem jak to się stało. Byłem przekonany, że coś skrobnąłem wcześniej na temat wyjazdu do Toledo, a tu patrzę i cisza na ten temat. Trzeba nadrobić i to koniecznie, zatem sięgam do zdjęć, aby przypomnieć sobie fakty ;) .

Wygląda na to, że minęły od tego czasu już… ponad 2 miesiące, gdyż byłem tam z Pauliną dokładnie 26 lutego. Piękny dzień- intensywnie świecące słońce i ponad 20st w cieniu. Cóż bardziej mobilizującego do tego, aby wstać wcześnie rano i jechać na podbój Toledo? :) .

Na wstępie muszę jednak napisać, iż tego typu wyjazdy w Hiszpanii raczej nie powinny być realizowane na zasadzie „wstaję rano, wpadam na pomysł i jadę”, gdyż chcąc wybrać się gdzieś dalej koleją, niezbędne jest, aby wcześniej „zaklepać” bilet i kupić go np. przez internet, bo w ostatniej chwili może się okazać, że w najlepszym wypadku bilety będą bardzo drogie, a w najgorszym nie będzie ich w ogóle. Zaznaczyć trzeba, że w tego typu połączeniach są tylko miejsca siedzące. Ma to swoje plusy i minusy, ale skupiając się na pozytywach, można stwierdzić  choćby to, że (nie tak jak w PKP) ilość składów będzie wystarczająca i na pewno nie będzie bydlęcych warunków. Hiszpańskim odpowiednikiem PKP jest Renfe, które bije nasze rodzime koleje- PKP na głowę, ale to chyba dla nikogo nie jest powodem do zaskoczenia.

Hiszpanie dużą wagę przykładają do bezpieczeństwa kolei, pod względem weryfikowania podróżnych oraz ich bagaży- m.in. przed wejściem do pociągu każdy bagaż musi zostać prześwietlony przez takie same urządzenia jak na lotniskach. Zapewne ma to związek z tragicznymi wydarzeniami z Madrytu z 11 marca 2004, gdy miał miejsce atak terrorystyczny, w którym zginęło 191 osób… Nie ma się co dziwić wprowadzonym procedurom.

Jazda pociągiem? Ehhh, rewelacja porównując do doświadczeń z PL. Ludzkie warunki, czysto i przyjemnie, a przede wszystkim… SZYBKO :) . Z Madrytu do Toledo  nie jest daleko(ok 80-90km)- pociągiem jedzie się ok. 30 min.

Wysiadając z pociągu ma się wrażenie, że trafiło się do jakiegoś małego miasteczka i to prawda, gdyż ma ono niewiele mniej niż 80 tys mieszkańców, natomiast później Toledo zaskakuje i pokazuje swoją wielkość. Tak, Toledo jest wielkie pod względem historycznym oraz architektonicznym i potrafi zainteresować. Już na samym początku, po wyjściu z pociągu możemy zacząć zwiedzanie i robienie zdjęć. Dworzec w Toledo, choć niewielki, wygląda bardzo interesująco (zdjęcie powyżej). Po wyjściu z dworca i po przejściu kilkuset metrów dochodzimy do drogi, która kieruje nas do starego miasta Toledo, gdzie znajdują się najciekawsze obiekty do obejrzenia. Idąc nią podążamy wzdłuż rzeki Tag i chłoniemy piękne widoki wzgórza, na którym stanęło Toledo.

Co warto zobaczyć w Toledo? heh, tak naprawdę, to wszystko :) . Samo spacerowanie wąskimi uliczkami pozwala nacieszyć się oczom, a co dopiero wizyta w katedrze w Toledo?

Polecam obejrzeć i zwiedzić to co pokazuje na temat Toledo choćby polska wersja Wikipedii. Można to uznać za kwintesencję Toledo i to co również według mnie warto zobaczyć. Nie ma co ukrywać, że punktem obowiązkowym musi być katedra i jeśli ktoś przyjedzie do Toledo, po prostu musi ją zwiedzić– to nie podlega jakimkolwiek rozważaniom.

Nie będę się więcej rozpisywać na temat Toledo- resztę pozostawiam przewodnikom/książkom, które dokładnie opisują zabytki tego miasta. Raz jeszcze na koniec napiszę i zachęcę- jeśli ktoś ma taką możliwość, to warto spędzić jeden dzień na zwiedzaniu Toledo.

 

Piękne miejsce i jest co zwiedzać i cieszyć oczy, zwłaszcza jeśli ma się taką Panią Przewodnik jaką ja miałem :)

Więcej zdjęć umieściłem w galerii Picasaweb.

 

1 Comment :, more...

Maroko Luty 2011- Marrakesh, Essaouira, Agadir (część druga i ostatnia) :)

by on kwi.12, 2011, under wyjazd

Wiedziałem że tak będzie, że dokończę poprzedni wpis o Maroku po minimum miesiącu… :)

Zmieniliśmy w pewnym momencie nasze plany i zamiast spędzić cały wyjazd w Marrakeszu, skorzystaliśmy z możliwości udania się samochodem do Essaouiry i Agadiru, w którym mieliśmy przenocować. Następnego dnia z samego rana mieliśmy udać się autostradą do Marrakeszu skąd wczesnym popołudniem mieliśmy z powrotem znaleźć się w Madrycie.

road do Essaoira

Pierwsze spostrzeżenie, które się pojawia, to porównanie stanu dróg do tych z Polski. Nie trzeba statystyk, po prostu gołym okiem widać, że zero dziur w jezdni. Dalszy komentarz zbędny…. Kolejna rzecz, to przejeżdżając kilkaset kilometrów na trasie Marrakesz—>Essaouira—> Agadir w pewnym momencie miałem wrażenie, że jesteśmy w jakimś państwie policyjnym, bo co chwilę niemal jakieś blokady drogi i kontrola policji. Nie mieliśmy się czego obawiać, więc traktowaliśmy to poniekąd jako ciekawostkę.

Krajobraz, który obserwowaliśmy po drodze był naprawdę różny, choć trzeba przyznać, że to zasługa pory roku, w której się tam zjawiliśmy. Spodziewałem się zdecydowanie więcej terenów półpustynnych, takich gdzie praktycznie nie ma żadnej roślinności, a tu okazało się, że momentami mijaliśmy wręcz całe zielone połacie ziemi, które pokryte były gęstym dywanem trawy. Podejrzewam jednak, że teraz w wielu takich miejscach jest już zupełnie inaczej. Już wtedy było widać, że uedy zaczynają zanikać i tylko gdzieniegdzie widoczne były jeszcze małe oczka z wodą.

Pierwszym naszym przystankiem miało być miasto o nazwie Essaouira, o którym wiedziałem wcześniej jedynie tyle, że jest nad Atlantykiem oraz to, że kiedyś kręcono w nim film Królestwo Niebieskie. Później dowiedziałem się już znacznie więcej, ale o tym pisać nie będę, bo od tego co ja napiszę, na pewno lepsza będzie Wikipedia :) . Mogę potwierdzić po tym zobaczyłem, że miasto jest bardzo urokliwe i jego fortyfikacje a właściwie widok z nich robi ogromne wrażenie. Szczególnie miło jest siąść sobie na murach mając pod sobą Atlantyk i fale uderzające o skały. Właśnie. Fale :) . Jest to jedno z ciekawszych miejsc dla tych, którzy pływając na desce. Tak, tak… Fale są naprawdę spore. Wiele jeszcze wżyciu nie widziałem, ale mogę powiedzieć, że póki co większych do tej pory nie widziałem. W mieście też jest suk, ale niestety nie jest taki jak w Marrakeszu. Przede wszystkim jest bardzo mały, a sami sprzedający już niezbyt są skłonni do targowania się, no i ceny już nie takie jak w Marrakeszu ;) .

W mieście spędziliśmy kilka godzin spacerując po uliczkach,  korzystając jednocześnie ze sposobności na zjedzenie czegoś. Ehhh, no i tu pojawia się pewien problem. To było bardzo smaczne, ale nie pamiętam nazwy, a zdjęcie menu gdzieś zniknęło ;) .
Późnym popołudniem wyjechaliśmy z Essaouiry udając się do Agadiru, w którym mieliśmy przenocować i wracać następnego dnia.

Widoki po drodze były niesamowite i przyznaję, że nie raz było warto się zatrzymać spowalniając podróż, aby spojrzeć na widok Atlantyku stojąc na stromej górze gdzie znajdowała się drogą, którą jechaliśmy. Szkoda tylko, że moje Kochanie odczuło na sobie zmianę pożywienia i całą drogę męcząc się starała usnąć, aby jakoś dojechać… Dobrze, że następnego dnia było już  lepiej.

Najpierw jechaliśmy przez teren, w którym przeważały wzniesienia obrośnięte krzakami wraz z pasącymi się kozami, potem również przeważały wyżyny i góry, ale co do roślinności, to już przeważać zaczęły drzewka arganowe, z których słyną okolice Agadiru (około 200-300km wokoło).  Swoją drogą, to sporą nadzieję wiążę z produktami wywodzącymi się z oleju arganowego, zwłaszcza w kontekście mojej skóry ;) . Póki co, mogę powiedzieć, że olej cudów może nie zdziałał, ale jest jednak lepiej- ot jakby dobry balsam i tyle :>. Samej drogi nie będę dalej opisywać, bo lepiej to zrobią filmiki, które zrobiłem w trakcie jazdy. Uprzedzam tylko i sugeruję, aby wyłączyć dźwięk. I nie chodzi tu o dialogi jadących, a bardziej o to, że dźwięk będzie bardzo męczący- bardzo silnie nagrały się podmuchy powietrza z jadącego samochodu :>

Jadąc samochodem tą trasą można byłoby naocznie zobaczyć jak jeżdżą ‘taksówki międzymiastowe” :) . Tak. Jest coś takiego. Są to kierowcy i ich samochody, które kursują pomiędzy miastami i zwykle są to stare Mercedesy typu „beczka” i przeważnie pojazdy te są nieco zapchane, ponad teoretyczne założenia samochodu. Samochód powinien przewozić 5 osób, ale Mercedes jest świetny, więc z siódemką na pewno da radę ;) . To jest jeszcze mały powód do zdziwienia. Zobaczyć ich jak jeżdżą…. Ohhh,  naprawdę można się przestraszyć. Bardzo szybka jazda, wyprzedzanie na ostrych zakrętach, dla nich to normalka :) .

Dotarliśmy do Agadiru, w którym czekał na nas apartament, gdzie mieliśmy spędzić noc, aby rano wstać i jechać na lotnisko do Marrakeszu. Moje Kochane niestety źle się dalej czuło i po krótkim spacerze przy plaży i pobycie w restauracji pojechaliśmy do apartamentu. Paulina poszła w pewnym momencie spać, ja zostałem dalej, siedząc i popijając sobie piwko dyskutowałem z Rashidem- Marokańczykiem o różnych dziwnych rzeczach. Być może, to kwestia piwa, które jest zbyt lekkim alkoholem (wódka jest bardziej wskazana na tego typu wyjazdy), w każdym bądź razie, w nocy niestety zacząłem mieć problemy z brzuchem… No i tak cały kolejny dzień :) .

http://www.youtube.com/watch?v=pDtsM60ARBM

No a kolejny dzień, to podróż autostradą z Agadiru do Marrakeszu na lotnisko, aby wrócić do Madrytu.
Trasa świetna. Droga niedawno oddana do użytku, niesamowite widoki ze szczytami gór Atlas widocznymi przez okno, no i mój brzuch chorujący ;) .

Problem poważny pojawił się później… Nie zdążyliśmy na samolot. O tym, to może w „kolejnym odcinku” :>

 

Leave a Comment :, , , , more...

Maroko Luty 2011- Marrakesh, Essaouira, Agadir

by on mar.14, 2011, under wyjazd

Zacznę od tego, że… przymusowo pozostaliśmy tam o jeden dzień dłużej. Spóźniliśmy się na samolot. Zapewne brzmi to niewiarygodnie i pojawia się myśl „jak to możliwe, żeby się na samolot spóźnić” i powiem jedno w tej kwestii, ja sam się dziwię i to o wiele bardziej, bo wydawałoby mi się to (wcześniej) naprawdę mało prawdopodobne. O tym może jeszcze nieco później.

Przylecieliśmy do Marrakeszu z Madrytu lecąc EasyJet. Lot przyjemny, bo dość krótki, a po drodze przyjemne widoki. Towarzystwo rzecz jasna jeszcze przyjemniejsze, więc tylko czasem rzuciłem okiem na widoki ;) .
Dodatkową miłą rzeczą jest to, że w międzyczasie „oszczędza się” godzinę, gdyż zmienia się strefa czasowa :) . Mając porównanie do lotniska Barajas można odczuć sporo radości z tego, że tak szybko samolot zatrzymuje się i otwiera drzwi po lądowaniu. Nie ma co ukrywać, że Barajas jest na tyle olbrzymie, że od wylądowania samolotu do wyjścia, czasem upływa min 15min, tutaj dosłownie chwila minęła i można było ekscytować się widokami Maroka :) .

Lotnisko robi bardzo pozytywne wrażenie. Nie jest to jakieś monstrum pod względem wielkości, ale ma to co potrzeba jak na ilość odprawianych osób, poza tym jest nowoczesne, schludnie wyglądające- jak najbardziej można czuć się zadowolonym. Porównując Kraków i Balice do tego lotniska niestety, muszę stwierdzić, że Balice po raz kolejny wyglądają dla mnie bardziej jak kurnik niż lotnisko. Szkoda, bo naprawdę widać, że sporo ludzi leci do Polski właśnie korzystając z Balic. Żałuję, iż ich pierwsze wrażenia są dość jednoznaczne.

Zatrzymaliśmy się w niemal samym centrum Marrakeszu, dosłownie kilka minut idąc pieszo od placu Jemaa El Fna, głównego punktu miasta, na którym naprawdę sporo się dzieje. Mieszkaliśmy w domu, który był dość ciekawy, gdyż był utrzymany w klimacie marokańskim, który był dla nas dość egzotyczny. Daleko nie szukając przykładu „egzotyki” :) . Ciekawym doświadczeniem było mieszkanie w miejscu, gdzie nie ma drzwi w toalecie i np. siedząc na „tronie” spogląda się do środka pokoju patrząc na łóżko ;) . Bardzo przyjemne było to, że idąc po schodach do góry, docierało się na taras, gdzie można było bardzo przyjemnie spędzić czas- w dzień chwilę się opalając a wieczorem siedząc i rozmawiając. Widok stamtąd był kiepski, bo naokoło widać było tylko dachy innych domów, ale i tak było niesamowicie przyjemnie usiąść sobie ciesząc się słońcem i piękną pogodą.

Lokalizacja budynku, w którym mieszkaliśmy była bardzo dobra, pod względem odległości do placu Jemaa El Fna, do którego pieszo docieraliśmy po raptem kilku minutach idąc wąskimi uliczkami starej części miasta. Można powiedzieć, że wychodząc na zewnątrz od razu można było zaczynać zwiedzanie Marrakeszu. Te wąskie uliczki niosły z sobą spore zagrożenie, gdyż co chwilę można było zostać przejechanym przez tubylców jadących na motocyklach, którzy muszę im przyznać, musieli wykazywać się niezłą wprawą w jeździe, aby przejechać bez szwanku dla siebie i innych przez momentami naprawdę zatłoczone uliczki.

Dla kogoś, kto nigdy nie był w podobnym miejscu do Marakeshu, zwiedzanie i uciechę dla oczu można zacząć od razu po wyjściu z samolotu. Widok budynków, rosnących wszędzie palm, ciekawie wyglądających ludzi wydawał się być dość egzotyczny, więc dość szybko należało skorzystać z aparatu, aby robić zdjęcia wszystkiemu co się zobaczyło. Później jednak miało być jeszcze lepiej, gdyż w samym Marrakeszu jest kilka miejsc, które warto odwiedzić, miejsc które naprawdę trzeba uwiecznić na zdjęciach. Zaczynamy oczywiście od wspomnianego już wcześniej placu Jemaa El Fna, który wydaje się być sercem mediny, czyli starej części miasta. W tym miejscu momentami aż ciężko przedrzeć się na drugą stronę, gdyż chwilami roi się od ludzi, zarówno miejscowych jak i turystów, których spotyka się na każdym kroku. Jemaa El Fna ma do zaoferowania sporo w dzień, ale dla mnie po zmroku jest to miejsce, które polecam odwiedzić każdemu, po prostu trzeba tam wtedy być. Dlaczego? Jeżeli w ciągu dnia było sporo ludzi, to po zmroku jest jeszcze więcej. Rozkładane są wtedy liczne stoiska z ciepłym jedzeniem, które przyrządzane jest na oczach kupujących i spożywających ludzi. Pod względem estetyki daleko temu miejscu wtedy do restauracji, ale pod względem serwowanego jedzenia… po prostu coś niesamowitego. Za stosunkowo małe pieniądze można było najeść się do syta takimi rzeczami jak m.in: kalmary, ryby, podsmażane warzywa. Wszystko świeże i ogromnie smaczne. Myślę, że może przez tydzień, gdybym był co wieczór w tym miejscu, to może udałoby się skosztować prawie wszystkiego :) . Po każdym takim wieczornym posiłku szliśmy po drodze jeszcze na herbatkę ziołową, która była bardzo specyficzna- gorąca i tak mocno ziołowa, że aż w środku paliło.

Naturalnym przedłużeniem placu Jemaa El Fna jest drogą, którą dociera się w pobliże Koutoubi- największego meczetu w Marrakeszu z końca XIIw. Do środku nie wchodziliśmy, ale z zewnątrz dokładnie go obejrzeliśmy kierując się jednocześnie w kierunku pobliskiego parku, w którym można na chwilę spocząć po długim spacerze.
Tuż obok tego miejsca kończy się medina, czyli stara część miasta, otoczona murem obronnym, który do chwili obecnej w sporej części pozostał. Opuszczając tę część miasta trafiamy do miejsc, które wyglądają pod względem architektonicznym zgoła inaczej, momentami bardzo nowocześnie, niemal jak żywcem wzięte z europejskich miast. Mi osobiście miejsca, w których znajdują się Zara, McDonald’s i inne przybytki kultury zachodniej, w tym miejscu zupełnie nie odpowiadały. Nie ma co ukrywać że miasto to nie tylko miłe, klimatyczne uliczki i zabytki, ale również i temu podobne miejsca.

Co można, a w zasadzie należałoby zobaczyć? Na pewno Ben Youssef Madrasa- byłą szkołę koraniczną, która urzeka swoim pięknem począwszy od posadzki po sam dach. Na pewno też Pałac Bahia, w którym również nie brak piękna związanego z architekturą i użytym zdobnictwem w wykończeniu. Warto też odwiedzić Muzeum Marakeszu. Równie ciekawe, ale pod nieco innym względem są ogrody w Marakeszu, z których zobaczyliśmy tylko jeden- Ogród Majorelle, a jest ich przynajmniej kilka więcej, które na zdjęciach wyglądają naprawdę kusząco.. Myślę, że warto byłoby i je zobaczyć.
Tak w ogóle, to na angielskiej Wikipedii jest przydatna lista tego co warto zobaczyć. W tym momencie nieco żałuję, że dopiero teraz się z nią zapoznałem :) . Na pewno chciałbym zobaczyć choćby pozostałe ogrody, które wyglądają imponująco.

Dodałem na Youtube filmiki :) . Przepraszam za jakość, ale to z aparatu, nie z kamery…

Już tak raz zrobiłem i tym razem zrobię identycznie… Niestety brak czasu powoduje to, że nie mogę być w pewnych rzeczach dokładny i sumienny. Muszę i tym razem napisać, że ciąg dalszy nastąpi :) . Wolę chociaż urywek napisać, żeby później nie okazało się, że zbyt długo zwlekałem i… zapomniałem :].

Odrobina zdjęć:

https://picasaweb.google.com/paweldomo/20110212MarokoMarakesh

https://picasaweb.google.com/paweldomo/20110213Marakesh

https://picasaweb.google.com/paweldomo/20110214EssaouiraTheRoadToAgadir

 

Leave a Comment :, , , more...

Android i HTC Wildfire vs. VOIP (SIP)

by on mar.02, 2011, under linux, wyjazd

Tuż przed wyjazdem na urlop, dosłownie jakieś 2h przed zjawieniem się na lotnisku, rzutem na taśmę odebrałem nowy telefon, na który swoją drogą „chwilę” poczekałem… Warto było.

Skupię się póki co na jednej rzeczy związanej z telefonem, rzeczy która dość znacznie zmniejszyła moje wydatki na połączenia wychodzące z zagranicy oraz tak naprawdę wpłynęła, na możliwość dzwonienia momentami bez zwracania uwagi na koszty. Resztę aspektów związanych z telefonem opiszę później.

Dość szybko znalazłem w Markecie (darmową) aplikację, która umożliwia wykonywanie połączeń przez VOIP, a dokładniej przez protokół SIP. Aplikacja nazywa się Sipdroid i w zasadzie jest pierwszą i jedyną, którą do tej pory przetestowałem, ale mogę powiedzieć, że spisuje się co najmniej zadowalająco. Po zainstalowaniu aplikacji i wpisaniu danych serwera VOIP, dodaniu konta użytkownika, zmieniłem jedną rzecz w opcjach zaawansowanych- włączyłem opcję „używaj serwera STUN„. Bez tej opcji miałem problemem z wykonywaniem połączeń. No i działa :) . Potem wystarczyło znaleźć niezabezpieczoną sieć np. w Maroku, albo taką o której ktoś myślał, że jest zabezpieczona i można było dzwonić do PL na stacjonarne za 5 groszy lub na  komórkę za 35 groszy :-) .

Czasem bywały co prawda problemy z działaniem programu i podejrzewam, że było to związane ze STUN, bo zdarzało się że jedna ze stron nie słyszała drugiego rozmówcy, ale miało to miejsce na tyle rzadko, iż uznaję to rozwiązanie i tak za świetne. Hmmm, a tak naprawdę to świetny jest Android i Linux ;) . Co do softu, to jak będę mieć więcej czasu, to może uda mi się znaleźć bardziej niezawodny. W każdym razie rozwiązanie Android vs. VOIP (SIP) to bez wątpienia totalna rewelacja w ograniczeniu płatności za telefon.

Leave a Comment :, , , , more...

Looking for something?

Use the form below to search the site:

Still not finding what you're looking for? Drop a comment on a post or contact us so we can take care of it!