Od jakiegoś czasu borykałem się ze sporym problemem- zawieszającym się serwerem, na którym zainstalowany jest Debian. Dziś w końcu (mam nadzieję) odkryłem tego przyczynę. Wcześniej nie znajdowałem uzasadnienia tych wybryków systemu, bo z komputerem miałem styczność dopiero w momencie, gdy już system całkowicie nie odpowiadał, a w logach była zupełna pustka.
Okazało się, że problem dotyczył acpi i procesów kacpid i kacpi-notify, które dosłownie pożerały zasoby systemowe- wykorzystanie procesora ponad 90%. Po kilku minutach system zawieszał się i nic się nie dało zrobić. Tym razem problem był o tyle nieciekawy, że po resecie komputera od razu działo się to samo, a samych procesów „zabić” się nie udawało. Spędziłem sporo czasu na szukaniu rozwiązania problemu, ale nic sensownego w google nie znalazłem, poza utwierdzeniem się w przekonaniu, że jest to jakiś większy bug.
Niestety, jedyne co mogłem zrobić w tej sytuacji, to zmodyfikować skrypty startowe, aby acpid nie uruchamiał się przy bootowaniu oraz dorzuciłem do gruba wpis„acpi=off”. Z racji tego, że mam grub2, musiałem sprawdzić gdzie to dodać, bo gruba2 mam od niedawna i jeszcze nie poznałem go zbyt dobrze.
modyfikujemy: /etc/default/grub
dodając: GRUB_CMDLINE_LINUX=”acpi=off”
na koniec: update-grub2
Wolałbym rozwiązać ten problem w inny sposób, ale na szczęście w moim przypadku nie ma tragedii, bo acpi na tym kompie nie potrzebuję.
Zacznę od tego, że… przymusowo pozostaliśmy tam o jeden dzień dłużej. Spóźniliśmy się na samolot. Zapewne brzmi to niewiarygodnie i pojawia się myśl „jak to możliwe, żeby się na samolot spóźnić” i powiem jedno w tej kwestii, ja sam się dziwię i to o wiele bardziej, bo wydawałoby mi się to (wcześniej) naprawdę mało prawdopodobne. O tym może jeszcze nieco później.
Przylecieliśmy do Marrakeszu z Madrytu lecąc EasyJet. Lot przyjemny, bo dość krótki, a po drodze przyjemne widoki. Towarzystwo rzecz jasna jeszcze przyjemniejsze, więc tylko czasem rzuciłem okiem na widoki ;).
Dodatkową miłą rzeczą jest to, że w międzyczasie „oszczędza się” godzinę, gdyż zmienia się strefa czasowa :). Mając porównanie do lotniska Barajas można odczuć sporo radości z tego, że tak szybko samolot zatrzymuje się i otwiera drzwi po lądowaniu. Nie ma co ukrywać, że Barajas jest na tyle olbrzymie, że od wylądowania samolotu do wyjścia, czasem upływa min 15min, tutaj dosłownie chwila minęła i można było ekscytować się widokami Maroka :).
Lotnisko robi bardzo pozytywne wrażenie. Nie jest to jakieś monstrum pod względem wielkości, ale ma to co potrzeba jak na ilość odprawianych osób, poza tym jest nowoczesne, schludnie wyglądające- jak najbardziej można czuć się zadowolonym. Porównując Kraków i Balice do tego lotniska niestety, muszę stwierdzić, że Balice po raz kolejny wyglądają dla mnie bardziej jak kurnik niż lotnisko. Szkoda, bo naprawdę widać, że sporo ludzi leci do Polski właśnie korzystając z Balic. Żałuję, iż ich pierwsze wrażenia są dość jednoznaczne.
Zatrzymaliśmy się w niemal samym centrum Marrakeszu, dosłownie kilka minut idąc pieszo od placu Jemaa El Fna, głównego punktu miasta, na którym naprawdę sporo się dzieje. Mieszkaliśmy w domu, który był dość ciekawy, gdyż był utrzymany w klimacie marokańskim, który był dla nas dość egzotyczny. Daleko nie szukając przykładu „egzotyki” :). Ciekawym doświadczeniem było mieszkanie w miejscu, gdzie nie ma drzwi w toalecie i np. siedząc na „tronie” spogląda się do środka pokoju patrząc na łóżko ;). Bardzo przyjemne było to, że idąc po schodach do góry, docierało się na taras, gdzie można było bardzo przyjemnie spędzić czas- w dzień chwilę się opalając a wieczorem siedząc i rozmawiając. Widok stamtąd był kiepski, bo naokoło widać było tylko dachy innych domów, ale i tak było niesamowicie przyjemnie usiąść sobie ciesząc się słońcem i piękną pogodą.
Lokalizacja budynku, w którym mieszkaliśmy była bardzo dobra, pod względem odległości do placu Jemaa El Fna, do którego pieszo docieraliśmy po raptem kilku minutach idąc wąskimi uliczkami starej części miasta. Można powiedzieć, że wychodząc na zewnątrz od razu można było zaczynać zwiedzanie Marrakeszu. Te wąskie uliczki niosły z sobą spore zagrożenie, gdyż co chwilę można było zostać przejechanym przez tubylców jadących na motocyklach, którzy muszę im przyznać, musieli wykazywać się niezłą wprawą w jeździe, aby przejechać bez szwanku dla siebie i innych przez momentami naprawdę zatłoczone uliczki.
Dla kogoś, kto nigdy nie był w podobnym miejscu do Marakeshu, zwiedzanie i uciechę dla oczu można zacząć od razu po wyjściu z samolotu. Widok budynków, rosnących wszędzie palm, ciekawie wyglądających ludzi wydawał się być dość egzotyczny, więc dość szybko należało skorzystać z aparatu, aby robić zdjęcia wszystkiemu co się zobaczyło. Później jednak miało być jeszcze lepiej, gdyż w samym Marrakeszu jest kilka miejsc, które warto odwiedzić, miejsc które naprawdę trzeba uwiecznić na zdjęciach. Zaczynamy oczywiście od wspomnianego już wcześniej placu Jemaa El Fna, który wydaje się być sercem mediny, czyli starej części miasta. W tym miejscu momentami aż ciężko przedrzeć się na drugą stronę, gdyż chwilami roi się od ludzi, zarówno miejscowych jak i turystów, których spotyka się na każdym kroku. Jemaa El Fna ma do zaoferowania sporo w dzień, ale dla mnie po zmroku jest to miejsce, które polecam odwiedzić każdemu, po prostu trzeba tam wtedy być. Dlaczego? Jeżeli w ciągu dnia było sporo ludzi, to po zmroku jest jeszcze więcej. Rozkładane są wtedy liczne stoiska z ciepłym jedzeniem, które przyrządzane jest na oczach kupujących i spożywających ludzi. Pod względem estetyki daleko temu miejscu wtedy do restauracji, ale pod względem serwowanego jedzenia… po prostu coś niesamowitego. Za stosunkowo małe pieniądze można było najeść się do syta takimi rzeczami jak m.in: kalmary, ryby, podsmażane warzywa. Wszystko świeże i ogromnie smaczne. Myślę, że może przez tydzień, gdybym był co wieczór w tym miejscu, to może udałoby się skosztować prawie wszystkiego :). Po każdym takim wieczornym posiłku szliśmy po drodze jeszcze na herbatkę ziołową, która była bardzo specyficzna- gorąca i tak mocno ziołowa, że aż w środku paliło.
Naturalnym przedłużeniem placu Jemaa El Fna jest drogą, którą dociera się w pobliże Koutoubi- największego meczetu w Marrakeszu z końca XIIw. Do środku nie wchodziliśmy, ale z zewnątrz dokładnie go obejrzeliśmy kierując się jednocześnie w kierunku pobliskiego parku, w którym można na chwilę spocząć po długim spacerze.
Tuż obok tego miejsca kończy się medina, czyli stara część miasta, otoczona murem obronnym, który do chwili obecnej w sporej części pozostał. Opuszczając tę część miasta trafiamy do miejsc, które wyglądają pod względem architektonicznym zgoła inaczej, momentami bardzo nowocześnie, niemal jak żywcem wzięte z europejskich miast. Mi osobiście miejsca, w których znajdują się Zara, McDonald’s i inne przybytki kultury zachodniej, w tym miejscu zupełnie nie odpowiadały. Nie ma co ukrywać że miasto to nie tylko miłe, klimatyczne uliczki i zabytki, ale również i temu podobne miejsca.
Co można, a w zasadzie należałoby zobaczyć? Na pewno Ben Youssef Madrasa- byłą szkołę koraniczną, która urzeka swoim pięknem począwszy od posadzki po sam dach. Na pewno też Pałac Bahia, w którym również nie brak piękna związanego z architekturą i użytym zdobnictwem w wykończeniu. Warto też odwiedzić Muzeum Marakeszu. Równie ciekawe, ale pod nieco innym względem są ogrody w Marakeszu, z których zobaczyliśmy tylko jeden- Ogród Majorelle, a jest ich przynajmniej kilka więcej, które na zdjęciach wyglądają naprawdę kusząco.. Myślę, że warto byłoby i je zobaczyć.
Tak w ogóle, to na angielskiej Wikipedii jest przydatna lista tego co warto zobaczyć. W tym momencie nieco żałuję, że dopiero teraz się z nią zapoznałem :). Na pewno chciałbym zobaczyć choćby pozostałe ogrody, które wyglądają imponująco.
Dodałem na Youtube filmiki :). Przepraszam za jakość, ale to z aparatu, nie z kamery…
Już tak raz zrobiłem i tym razem zrobię identycznie… Niestety brak czasu powoduje to, że nie mogę być w pewnych rzeczach dokładny i sumienny. Muszę i tym razem napisać, że ciąg dalszy nastąpi :). Wolę chociaż urywek napisać, żeby później nie okazało się, że zbyt długo zwlekałem i… zapomniałem :].
Tuż przed wyjazdem na urlop, dosłownie jakieś 2h przed zjawieniem się na lotnisku, rzutem na taśmę odebrałem nowy telefon, na który swoją drogą „chwilę” poczekałem… Warto było.
Skupię się póki co na jednej rzeczy związanej z telefonem, rzeczy która dość znacznie zmniejszyła moje wydatki na połączenia wychodzące z zagranicy oraz tak naprawdę wpłynęła, na możliwość dzwonienia momentami bez zwracania uwagi na koszty. Resztę aspektów związanych z telefonem opiszę później.
Dość szybko znalazłem w Markecie (darmową) aplikację, która umożliwia wykonywanie połączeń przez VOIP, a dokładniej przez protokół SIP. Aplikacja nazywa się Sipdroid i w zasadzie jest pierwszą i jedyną, którą do tej pory przetestowałem, ale mogę powiedzieć, że spisuje się co najmniej zadowalająco. Po zainstalowaniu aplikacji i wpisaniu danych serwera VOIP, dodaniu konta użytkownika, zmieniłem jedną rzecz w opcjach zaawansowanych- włączyłem opcję „używaj serwera STUN„. Bez tej opcji miałem problemem z wykonywaniem połączeń. No i działa :). Potem wystarczyło znaleźć niezabezpieczoną sieć np. w Maroku, albo taką o której ktoś myślał, że jest zabezpieczona i można było dzwonić do PL na stacjonarne za 5 groszy lub na komórkę za 35 groszy :-).
Czasem bywały co prawda problemy z działaniem programu i podejrzewam, że było to związane ze STUN, bo zdarzało się że jedna ze stron nie słyszała drugiego rozmówcy, ale miało to miejsce na tyle rzadko, iż uznaję to rozwiązanie i tak za świetne. Hmmm, a tak naprawdę to świetny jest Android i Linux ;). Co do softu, to jak będę mieć więcej czasu, to może uda mi się znaleźć bardziej niezawodny. W każdym razie rozwiązanie Android vs. VOIP (SIP) to bez wątpienia totalna rewelacja w ograniczeniu płatności za telefon.